Nowy GPS turystyczny łamie niepisaną zasadę, że ekrany dotykowe nie nadają się do urządzeń używanych w trudnych warunkach. Garmin Oregon nie ma przycisków sterujących. Wszystkie funkcje obsługujemy pukając palcem w ekran.

Na ekranie Oregona możemy zobaczyć pofałdowaną rzeźbę terenu
Seria Garmin Oregon składa się z pięciu modeli: 200, 300, 400c, 400i i 400t. Do testu trafił Oregon 300, wyposażony w kompas, czujnik barometryczny, 850 MB pamięci i moduł bezprzewodowej transmisji danych. Model 200 nie ma tych dodatków, a pamięć liczy zaledwie 24 MB (we wszystkich wersjach można ją rozbudować za pomocą karty microSD). Modele 400 mają aż 4 GB pamięci i fabrycznie preinstalowane mapy.

Dobrze leżący w dłoni Oregon sprawia wrażenie solidnego. Uważać trzeba oczywiście na ekran LCD, ale jest on nieco zagłębiony w obudowie, co w pewnym stopniu go chroni. Nie próbowałem specjalnie go zarysować, jednak po tygodniu noszenia w plecaku lub kieszeni nadal wygląda jak nowy. Niestety, od samego początku doskonale widać na nim odciski palców, które utrudniają oglądanie mapy. I bez tego nie jest najlepiej - ekran jest o wiele mniej wyraźny od stosowanych w seriach 60 czy 76. Właściwie bez podświetlenia (regulowanego włącznikiem z boku obudowy) niewiele na nim widać, a w ostrym słońcu nawet pełne podświetlenie niewiele pomaga. Denerwujące jest przy tym, że po wyczerpaniu ok. połowy baterii Oregon zaczyna oszczędzać energię i odmawia włączenia podświetlenia.

Porównanie ekranu Oregona i GPSmap 76CSx.
Po lewej w cieniu z wyłączonym podświetleniem, pośrodku z maksymalnym.
Po prawej kompromitacja Oregona: w słońcu nawet pomimo podświetlenia
obraz jest gorszy niż na 76CSx bez podświetlenia.

Oregon został wypuszczony na rynek wkrótce po premierze serii Colorado, która również wyróżniała się awangardowym sterowaniem. Niestety, Colorado poległ (i to dosłownie) w testach wodoodporności. W Oregonie uniknięto błędów w uszczelnieniu. W obudowie możemy znaleźć dwa miejsca, którymi teoretycznie mogłaby wniknąć woda. Są nimi komora baterii i gniazdo USB. Wyeliminowano piętę achillesową Colorado - gniazdo karty pamięci, przez które wlewała się woda. W Oregonie kartę wkłada się podobnie jak do telefonu komórkowego. Gniazdo z “zasuwką” umieszczono pod bateriami. Te zaś znajdują się w komorze otoczonej grubą uszczelką, do której solidnie dociśnięta jest tylna pokrywa. Gniazdo USB jest natomiast osłonięte gumową zaślepką. Przycisk włącznika jest jedynie zaznaczony przetłoczeniem na bocznej uszczelce - nie ma szans, żeby dostała się tam choćby kropla.

Komora baterii i karty pamięci jest dobrze uszczelniona

Kąpiel w górskim strumieniu nie robi na Oregonie wrażenia.
W zestawie oprócz odbiornika znajdziemy znany już z Colorado klips z karabinkiem. Mimo starań, nie udało mi się go jednak zamontować. Być może była to usterka tego egzemplarza - taśma łącząca została zamontowana tak, że nie sposób wcisnąć klipsa w szynę w tylnej części Oregona. Nie uważam tego za dużą stratę - gadżet ten wydaje mi sie zbyt duży i niezgrabny. Zamiast niego wygodniejsza będzie taśma na nadgarstek lub smycz, którą możemy zamontować w dolnej części obudowy. Niestety, drobiazg ten musimy sobie dokupić.

Klips z karabinkiem to gadżet, który możemy spokojnie zostawić w domu

W zestawie nie znajdziemy także uchwytu samochodowego ani zasilacza. Niby trudno się dziwić - wszak to urządzenie przystosowane do noszenia w dłoni, a nie do jazdy samochodem. Jednak pewien ukłon w stronę kierowców został wykonany. Po pierwsze, jest to pierwszy ręczniak z ekranem dotykowym, który dotychczas wyróżniał GPSy samochodowe. Po drugie, wśród kilku profili ustawień Oregona jest także samochodowy. Oferuje on trójwymiarowy widok mapy, zwany tu “trybem motoryzacyjnym”. Oczywistą i dostępną w ręczniakach od dawna funkcją jest autorouting. Działa on jednak z opóźnieniem, kiedy zjedziemy z zaplanowanej trasy - z wyznaczeniem nowej Oregon zwleka zbyt długo. Brakuje już tylko jednej typowej cechy GPSów samochodowych - komunikatów głosowych. Manewry zapowiadane są piśnięciami głośniczka i typową dla Garminów, wyraźną, białą strzałką w czarnej obwódce. Jeśli zatem zdarzy nam się kawałek trasy wycieczki pokonać samochodem, to możemy do nawigacji użyć Oregona. Przy odrobinie szczęścia uda nam się wcisnąć go między kokpit a przednią szybę, gdzie będzie stał stabilnie nawet bez uchwytu. Zasilanie w długich trasach zapewni typowy zasilacz USB.
Do obsługi ręczniaka przy użyciu ekranu dotykowego podchodziłem z początku sceptycznie. Szybko pojawiły się odciski palców, co nie poprawiło mojego zdania o tym rozwiązaniu. Jednak niebawem doceniłem wygodę Oregona. Ekran reaguje nie tylko na naciśnięcia, ale i “ciągnięcie” zawartości. Można w ten sposób nie tylko przesuwać mapę, ale i “przeciągać” pozycje menu, jak w słynnym iPhonie. Oregon jest też pierwszym GPSem turystycznym, w którym wygodnie możemy wpisywać teksty (np. adresy). W ergonomii menu brakuje mi dwóch rzeczy, do których jestem przyzwyczajony jako użytkownik 76CSx - menu podręcznego i bezpośrednich przejść między ekranami. W starszych Garminach, będąc na dowolnym ekranie, można wcisnąć “Menu” i zmieniać ustawienia tego ekranu. Jednym przyciśnięciem klawisza możemy tez przechodzić z mapy na kompas i dalej, jak nam wygodnie (kolejność ekranów ustala użytkownik) i z powrotem. W Oregonie każda taka operacja wymaga wyjścia do menu głównego i wybrania tam innego ekranu lub ustawień.
Interesującą nowością w Colorado i Oregonie jest możliwość wyświetlenia trójwymiarowej mapy. Nie mam tu na myśli wspomnianego wcześniej “trybu motoryzacyjnego”, który wyświetla płaską mapę pod kątem. Chodzi o faktycznie trójwymiarową rzeźbę terenu widoczną na pofałdowanej mapie. Do uzyskania takiego widoku potrzebna jest mapa z danymi wysokościowymi (DEM), np. nowa GPMapa Topo. Muszę przyznać, że efekt ten nieco mnie rozczarował. Po pierwsze, pełni on raczej funkcję podglądu, a nie jednego z trybów nawigacji. Po drugie, wydajność Oregona okazuje się zbyt słaba - widok możemy skalować, przesuwać i obracać, ale urządzenie reaguje wtedy bardzo wolno, a widoczny obszar mapy jest mocno ograniczony. Dane DEM są jednak wykorzystywane także w bardziej przydatny sposób - dzięki nim mapy w rzucie 2D mogą być pocieniowane, co dodaje im plastyczności bez wspomnianych wyżej wad.

Zdjęcie tylnej pokrywy nie przychodzi łatwo, ale za to jest ona dobrze uszczelniona
Oregon jest nowością na rynku i jest nadal intensywnie rozwijany. Dzieje się to poprzez wprowadzanie poprawek do oprogramowania wewnętrznego. Warto zatem często (a pierwszy raz tuż po zakupie) podłączać GPS do komputera i programem WebUpdater sprawdzić, czy nie ma przypadkiem nowszego firmware’u. Najnowsza poprawka (2.30) dodała m.in. możliwość wyboru dowolnej pozycji w trybie demonstracyjnym. Funkcja ta była w Garminach obecna chyba “od zawsze”, ale najwyraźniej twórcy Oregona o niej zapomnieli. Użytkując Oregona z polskim menu natkniemy się także na luki w tłumaczeniach - niektóre teksty nadal są pisane po angielsku. Można się spodziewać, że kolejne wersje firmware’u będą eliminować te niedoróbki.
Czułość Oregona, dzięki wykorzystaniu nowego chipsetu Cartesio, jest znakomita. Urządzenie bardzo szybko jest gotowe do nawigacji, nie wykazuje charakterystycznego dla SiRFstarIII “pływania” na postoju i nie przeszkadza mu zbytnio umieszczenie w mało optymalnym miejscu (np. kieszeń kurtki rzuconej na tylne siedzenie samochodu), spacer po lesie ani szyba atermiczna, odcinająca część sygnału z satelitów.
Podsumowując, Oregon podoba mi się znacznie bardziej niż “niewypał” Colorado. Przypuszczam, ze ten ostatni nie zagrzeje długo miejsca w ofercie Garmina, natomiast przed Oregonem widzę udaną przyszłość. Jest świetną propozycją dla nowych użytkowników GPSów turystycznych, którzy nie mają “wypaczonych przyzwyczajeń”, wynikających z wcześniejszych doświadczeń z urządzeniami sterowanymi klasycznymi klawiszami. Słaby (w porównaniu z poprzednikami) ekran nie robi aż tak złego wrażenia, gdy porównać go do większości palmtopów czy smartfonów. Jakiś cień się zawsze znajdzie, żeby dało się odczytać wskazania w słoneczny dzień. Prosta obsługa i możliwość tworzenia profili (np. do wycieczek pieszych, rowerowych, do samochodu) na pewno zadowoli użytkowników.
Garmin Oregon 300 do kupienia w Gps24.pl
Wykop
Gwar.pl

(20 głosów) 



sierpień 23, 2008
takiego testu potrzebowalem bo juz 8 dzien waham sie co kupic
dzieki
sierpień 25, 2008
Urządzenie faktycznie dobrze się prezentuje, tylko szkoda, że ten ekran mało widoczny w pełnym słońcu. Jak ktoś się zgubi na pustyni, to ciężko, żeby trochę cienia znalazł
sierpień 25, 2008
> Jak ktoś się zgubi na pustyni, to ciężko, żeby trochę
> cienia znalazł
Jak ja nie mogę znaleźć cienia, to sam go sobie robię…
sierpień 25, 2008
Chyba pierwszy turystyczny Garmin, który można wygodnie używać w samochodzie (i to jak widać bez uchwytu
). Wydaje się dużo fajniejszy niż Colorado…