Kilka dni temu wystartowałem na paralotni z lotniska koło Ostrowa Wielkopolskiego. Wiało ze wschodu, więc poleciałem na zachód. Minąłem Krotoszyn i po 46 kilometrach wylądowałem w samym środku… niczego.

Wróćmy jednak na początek. Pierwsze przeloty zacząłem robić ok. 5 lat temu. Do nawigacji używałem zamocowanego na kolanie mapnika z mapą topograficzną. Kiedy jednak wyleciałem poza mapę i po lądowaniu zupełnie nie wiedziałem, gdzie jestem, postanowiłem kupić GPS. Od tego czasu latałem już z Garminem GPSmap 76S, którego rok temu zamieniłem na 76CSx. Mapa stref przestrzeni powietrznej informuje mnie, którędy mogę lecieć, a drogowa - gdzie jestem. Po lądowaniu SMSem podaję współrzędne swojej dziewczynie, Dorocie, po czym spokojnie czekam na “zwózkę”. Do zeszłego tygodnia system działał znakomicie.


Za Krotoszynem, po 40 kilometrach lotu, doszedłem do wniosku, że chyba już nie znajdę kolejnego noszenia i pora wybrać miejsce do lądowania. Przede mną był spory pas pól między dwoma lasami. Obok przebiegała droga - gruntowa, ale dość szeroka i niezarośnięta trawą, a więc uczęszczana. Minąłem ją, podleciałem bliżej pól i mogłem już rozróżnić uprawy od kawałka nieużytku - skierowałem się więc nad niego, zawróciłem pod wiatr i wylądowałem. Wysłałem SMSa ze współrzędnymi, poskładałem sprzęt i zaległem na trawce. Po kilkunastu minutach zadzwoniłem do Doroty, żeby zapytać o planowaną godzinę przyjazdu, wyliczoną przez jej Nuvi 670. Czekała mnie jeszcze niemal godzina opalania.

Zacząłem dokładniej przyglądać się mapie w 76-tce. W locie miałem włączoną tylko mapę bazową i mapę stref - zapewnia mi to wystarczającą informację przy zachowaniu przejrzystości mapy. Teraz wyłączyłem niepotrzebne już strefy i włączyłem GPMapę 4 - nie aktualizowałem jej, bo w locie nie są mi potrzebne najnowsze ulice. Okazało się, że jestem ok. 10 km na północ od Milicza, na granicy województw dolnośląskiego i wielkopolskiego. W lesie na zachód ode mnie jest miejscowość Zaborowo. Poza tym na mapie nie widać nic innego w pobliżu. Nie ma nawet drogi, którą mam w zasięgu wzroku.
Kilkanaście minut przed planowanym spotkaniem zakończyłem sjestę i udałem się w kierunku drogi. I tu zaczęły się problemy - okazało się, ze jestem… na wyspie. Dokładniej mówiąc, mój ugór jest ze wszystkich stron otoczony rowem pełnym błota. Z trudem udało mi się przerzucić przez niego 20-kilogramowy plecak ze sprzętem. Przeskakując jego śladem, wylądowałem nieco za blisko i dość malowniczo zachlapałem się błotkiem po całości. Ale nic to - mam jeszcze trochę czasu, żeby obeschnąć, bo słońce praży. Założyłem plecak i powędrowałem do drogi. Na miejscu odkryłem jeszcze ślady krwi na koszulce - skaleczyłem się w palec i usmarowałem, zakładając plecak. No, niech już przyjedzie, zanim ktoś mnie zobaczy w takim stanie…
Dzwoni telefon. “Jestem w Zaborowie, droga się skończyła, las, nie dojadę”. Wpisałem współrzędne Doroty i stwierdziłem, ze 1,5 km dam radę dojść. Jednak po 300 metrach wędrówki przez niewielką kukurydzę dotarłem do większego rowu z niewielką rzeczką. Tu o przeskakiwaniu nie było już mowy. Jednocześnie nie mogłem się zdecydować, czy pokonać rzeczkę boso, czy w butach trekingowych - dno pozostawało wielką tajemnicą. Uzgodniliśmy, że jednak Dorota musi znaleźć drogę do mnie. Nie było to łatwe, gdyż jej City Navigator 9 również pokazywał wokół mnie kilkukilometrową białą plamę. Zaproponowałem włączenie darmowej mapy Polski UMP, która w wielu miejscach okazuje się dokładniejsza i bardziej aktualna od innych. Niestety, ten obszar nie zainteresował widocznie żadnego ze współtwórców UMPa. Wróciłem do drogi.
Dorota tymczasem błądziła w okolicach Jutrosina i Zmysłowa, które były zarówno na jej City Navigatorze, jak i na mojej GPMapie. Potem zameldowała, że jest w Żydowskim Brodzie, którego na swojej mapie nie miałem. Z opisu położenia wyglądało na to, że gdzieś tam właśnie prowadzi droga, przy której stoję. Próbowała wjeżdżać w każdą napotkaną boczną dróżkę, co dla Fiesty było nie lada wyczynem. Wreszcie zauważyłem, że z oddali coś do mnie jedzie. Okazało się, że to Dorota. Po chwili odjechaliśmy w kierunku Jutrosina.

Miejsce lądowania przedstawione na różnych mapach. Nałożone ślady: lotu (niebieski), wędrówki przez pole (zielony) i odjazdu samochodem (żółty).
Na takim zadu…mie sprzyjającym miejscu jeszcze nie lądowałem. Przez ponad dwie godziny nie widziałem nikogo. Wokół tylko pola, lasy, rowy z wodą lub błotem, na horyzoncie ze dwie chałupy i piaszczysta droga z opuszczoną koparką. Ale mimo że ten sielski zakątek nie istnieje w żadnej mapie, którą widziałem (wliczając najbardziej szczegółowe - AutoMapę i najnowszą GPMapę 2007.1), udało się tam dojechać. Bez GPSu musiałbym wędrować do cywilizacji, a w takim upale wędrówki z wielkim plecakiem nie należą do przyjemności. Inna rzecz, że wtedy po prostu wylądowałbym bliżej jakiejś wsi.


Ta przygoda doprowadziła mnie do paru wniosków. Po pierwsze, nie lądować byle gdzie, bo wiedzieć gdzie jestem, to jedno, a znaleźć do mnie drogę to drugie. Dla pewności lepiej wylądować koło skupisk ludzkich, bo one, wraz z drogami dojazdowymi, są na mapach. Po drugie, wygodnie jest na obu GPSach mieć tę samą mapę. W rozmowach posługiwaliśmy się zwrotami w rodzaju “w połowie odległości między A i B”, a to działa tylko wtedy, gdy druga osoba widzi oba te punkty. Kiedy Dorota poinformowała mnie, ze jest w Żydowskim Brodzie, nic mi to nie mówiło. To jedno z miejsc, gdzie CityNavigator jest dokładniejszy od GPMapy, i to nawet w najnowszej wersji. Po trzecie - szkoda, że Nuvi nie zapisuje śladu. Podczas takich poszukiwań “po omacku” automatycznie uzupełniałby on wgraną mapę, pokazując, gdzie już byliśmy, a które obszary trzeba jeszcze objechać. W takim zastosowaniu lepiej sprawdziłby się Garmin Zumo lub StreetPilot.
Wykop
Gwar.pl

(13 głosów) 


